
Było genialnie... Zrozumiałam parę bardzo istotnych rzeczy... Parę najważniejszych.
Wyszły na wierzch wszystkie moje słabości, bunty, chwile złe, tęsknoty, grzechy... I to tak bardzo boleśnie, tak naprawdę realnie. Poczułam je, wiedziałam że stały się bardzo wrażliwe... Rozmawiałam o tym z moją koleżanką, że ledwo sobie z tym radziłam. Powiedziała mi że to cało zło, które było we mnie, wyszło i Jezus chce się z nimi rozprawić. Coś w tym stylu. Że ja z Jego pomocą uda mi się je pokonać. To mną wstrząsnęło, ale i wyzwoliło. Ostatnio miałam totalny sajgon życiowy. Gubiłam się coraz bardziej, z każdą chwilą. Teraz czuję że żyję. Razem z Nim.
Wierzę, że on jest razem ze mną i z nim mogę wszystko. Nie jestem sama.
Uwierzyłam w dążenie do celów, do marzeń. Naprawdę wiele się nauczyłam. Zmieniło to totalnie mój pogląd na życie, na świat, na ludzi.
Uświadomiłam sobie, że mam prawo do upadków, do błędów które na pewno będą się pojawiały często. Ale moim zadaniem jest je wszystkie przemyśleć i pamiętać o nich, na raz następny.
Zaczęłam myśleć, że warto być sobą, nie wstydzić się siebie i swoich poglądów. Że czasem lepiej pomilczeć. Przemilczeć niekiedy to co nam się ciśnie na język. Przemyśleć to co ma się do powiedzenia.
Życie to ciągła lekcja. Całe życie uczymy się jak żyć.
Dziękuję Bogu, za te chwile rekolekcji, za to że wreszcie naprawdę w Niego uwierzyłam. Dziękuję.
Może trochę nieskładnie to wszystko opisałam. Ale właśnie uczę się nazywać swoje odczucia po imieniu. :)